Lewe menu

Filtry

Komentarze

Artykuł - Introdukcja gatunków – cz. II. – PrzykładyMateusz Wybitne (6)

Artykuł - Ach te pstrągi...Ładnie napisane Bardzo dobre (5)

Artykuł - Introdukcja gatunków – cz. I. - AspektyBardzo przydatne info. Bardzo dobre plus (5+)

Artykuł - Introdukcja gatunków – cz. II. – PrzykładyDobry art Bardzo dobre plus (5+)

Humor»

Ocena: 1,5 Ilość ocen: 3

Sekretarka

Na początek proponuję pani 10 milionów plus premia, mówi prezes do nowo przyjmowanej sekretarki, po czym dodaje, lustrując ją wzrokiem:
- Choć, hmmm, z przyjemnością dałbym pani dwanaście...
Na to sekretarka:
- Z przyjemnością, panie prezesie, to ja biorę dwadzieścia!

Sekretarka
  • Obecnie 1,5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 1,7/5 (3)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

"PAN TO DOŁÓŻ"

Wodo, miłości nasza, tyś nam życie, zdrowie...
Ile Cię cenic trzeba, ten tylko się dowie
kto nadzieję utracił, że w Twej żyznej toni
jeszcze rybka za rybką kiedyś bedzie gonić.
Dziś piękno Twe w całej ozdobie ku pamięci
opiszę Hołd oddając Tobie:

więcej...

czyli ostatni zjazd ......
  • Obecnie 4,5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 4,5/5 (13)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Szukaj

Reklama

Mazurskie karpie

Ocena: 0 
Ilość ocen: 0 
 Ilość wyświetleń: 4718 
Komentarzy: 0 
ID: 47983 
Węzeł: 28822 

Przeczytałem tekst Zbyszka i zrobiło mi się bardzo smutno. Przypomniałem sobie dawne Mazury i dawne wędkowanie. Na pociechę zostały mi zapiski z tamtych łowów...

Polowania na grubego prosiaka

W tym jeziorze obecność karpi nie była tajemnicą, łączyło się ono przecież z sąsiednim, Woszczelskim, hodowlanym. Bywało, że wpadł czasem któryś w przeciągany zimą niewód, widywano je nieraz wiosną na przybrzeżnych płyciznach, ale komu by się tam chciało specjalnie na nie polować? Szkoda było czasu na tak niepewne zajęcie, zwłaszcza że jezioro obfitowało w leszcze, szczupaki, węgorze...

Przez dwa sezony także nie interesowałem się tutejszymi karpiami. Polowałem na inną rybę. Aż w końcu, wbrew wszystkiemu i wszystkim, zaopatrzyłem się w wór ziemniaków i, nie zważając na docinki wątpiących, rozpocząłem systematyczne nęcenie w odległej, najdzikszej części jeziora.
Mijały dni, pogodne, sierpniowe, sprzyjające wędkowaniu. Po tygodniu łowisko było już dobrze zanęcone, spławiały się na nim płocie, pojawiły się i leszcze. Nadal jednak nie łowiliśmy tam, nie pozwalałem na to. Szkoda mi było całego trudu, dla byle płotek! Uparcie karmiłem karpie, wierząc w ich istnienie i sens całego przedsięwzięcia. W końcu któregoś ranka, obserwując z daleka, z przyzwoitej odległości, płociowe harce, zauważyłem ciemny grzbiet karpia. Przekonałem się więc naocznie, że są, że istnieją naprawdę. Cierpliwość została nagrodzona!

Cały ten dzień upłynął nam na przygotowaniach. Czekając wieczornej pory, w nerwowym napięciu wiązaliśmy haczyki na przyponach, na szpule nawijaliśmy najlepsze żyłki. Sprawdziłem też wytrzymałość ogromnego podbieraka. Na łowy wypłynęliśmy wczesnym wieczorem. Tak cicho, jak tylko to było możliwe, zbliżyliśmy się do łowiska i ustawiliśmy łódkę na dwóch kotwicach. Słońce zniżało się nad wierzchołki drzew, słabiutki wiaterek zanikał, powierzchnia jeziora wygładzała się, a ostatnie blaski słońca barwiły ją malinowo. Zatoczka z tymi podkolorowanymi trzcinkami i liśćmi nenufarów wyglądała jak dzieło Moneta. Syciliśmy oczy urzeczeni pięknem, wpadaliśmy w nastrój. Ryby nie brały. Obie nasze gruntówki spoczywały bezczynnie oparte o burtę, spławiki z kolców jeżozwierza leżały nieruchomo na skraju nenufarowych zarośli. W trzcinach beztrosko buszowały łyski, przegadywały się kaczki. Obok nas jakaś perkozia rodzina uganiała się za kolacją. Gdzieś na dnie dwa duże ziemniaki daremnie roztaczały ponętny zapach wokoło...
Dopiero po zachodzie słońca jezioro ożyło, jak za czarodziejskim zaklęciem. Całym łowiskiem zawładnęły płocie, dorodne, półkilowe. Spławiały się to tu, to tam, kusiły, by dać spokój karpiowym mrzonkom, zmontować lekkie wędeczki i wykorzystać dobrze zanęcone łowisko... Uspokoiły się dopiero o zmierzchu, gdy siwa mgiełka wypełzła znad trzcin i zaczęła otulać zatokę. Spławików prawie nie było już widać. Postanowiliśmy skończyć łowy. Wtedy właśnie pojawiły się karpie, nieduże, kilogramowe. Raz i drugi chlupnęły na powierzchni, koło jednego i drugiego spławika, jakby chciały udowodnić, że istnieją, że ich nie wymyśliłem. Nie wzięły, ostudziły nasze emocje...

Następnego wieczoru wypłynąłem sam. Nie śpieszyłem się; na łowisku stanąłem dopiero o zmierzchu. Zamierzałem dłużej posiedzieć na wodzie. Oprócz karpiówki wziąłem też i drugą wędkę, na węgorza. Znów po zachodzie słońca jezioro ożyło. Tym razem zjawiły się nie tylko płocie, lecz także i karpie. I to nie jakieś tam kilogramowe karpiki! Nie wierzyłem wprost własnym oczom: ogromne, prawie metrowe karpiska przewalały się w różnych miejscach tak cicho, bez plusku prawie, że aż niewiarygodnie! Naprzeciw mnie, kilka metrów od czarnej, trzcinowej ściany majestatycznie i zwinnie przemykał się pomiędzy nenufarowymi liśćmi olbrzym, o jakim mogłem marzyć. Skuliłem się na dnie łódki, prawie zamarłem w bezruchu - karp chodził tuż obok spławika! Drugi chlapnął znienacka za moimi plecami. Trzeci wystawiwszy ciemny grzbiet pruł wodę jak torpeda, sunąc w głąb zatoki. Nie wiem, ile trwało to wspaniałe widowisko - pół godziny czy dłużej. Skończyło się tak samo nieoczekiwanie, jak rozpoczęło. Czarna tafla jeziora ucichła i tylko spóźnialskie płocie od czasu do czasu pluskały jeszcze na powierzchni. "Teraz powinny brać" - pomyślałem nieśmiało. Nie czułem się godny takiego szczęścia. Spławik przestał już być dawno widoczny, napiąłem więc żyłkę i delikatnie trzymałem ją w palcach. Naraz drgnęła i ruszyła z szelestem - wziął!!!

Jeszcze nie bardzo w to wierzyłem, czułem się jak we śnie i nie chciałem się nagle przebudzić, ale to nie był sen! Żyłka rozpędziła się, wylatywała ze szpuli z niewiarygodną prędkością. Natychmiast przekręciłem korbkę kołowrotka i miękko zaciąłem. Był! Na drugim końcu nylonu zakotłowało się potężne cielsko! Od razu zrozumiałem, że duży, że to ryba-marzenie, jakiej jeszcze nigdy nie złowiłem! Włączyłem zapadkę i poluzowałem hamulec.
Karp ruszył w zatokę. Uciekał coraz prędzej i prędzej wysnuwając coraz więcej nawoju, coraz bardziej się oddalając. Powstrzymałem go jakoś, choć z trudem, łagodnie dociskając szpulę kołowrotka. Zawrócił, minął łódkę i pomknął na jezioro. Później jeszcze raz w zatokę i znów na jezioro. Drżałem, by nie wjechał w trzciny, by nie wszedł pod łódkę i nie splątał wędek. Bałem się go utracić, ale to wszystko było jakby poza mną. Robiłem co trzeba, najlepiej, jak tylko umiałem. W końcu karp uniósł się, oderwał od dna, a ucieczki stały się mniej gwałtowne i bliższe. Nie zabierał mi już tak wiele żyłki: zaczął krążyć powoli pomiędzy trzcinami a łodzią. Czułem, że z każdą chwilą słabnie i uwierzyłem, że w końcu będzie mój.

Trwało to już przeszło kwadrans. Zdrętwiały mi palce i całe przedramię, lecz to wszystko jakby nie mnie dotyczyło. Liczył się tylko karp. Ryba słabła coraz bardziej, podeszła w końcu pod wierzch i wtedy ją ujrzałem. Była naprawdę wielka, większa niż wszystkie dotychczas złowione. Na chwilę wyłożyła się na powierzchni, lecz zaraz potem znowu machnęła potężnym ogonem i runęła w głąb. Nie pomogło tupanie w łódkę, wlazła pod spód, przeszła na drugą stronę i zakręciła żyłką wokół liny kotwicy dziobowej...

Nie było ani chwili do stracenia! Trzymając wędkę w prawej ręce, lewą podniosłem kotwicę i gdy była już w łodzi, nożem przeciąłem linę. Na nic. Karp zdążył już oplątać o nią żyłkę i chodził teraz tam i z powrotem jak pies na uwięzi. Na szczęście był już zmęczony i nie próbował dalszych ucieczek. Nie reagował już nawet na widok podbieraka. Naprowadziłem go więc ostrożnie nad obręcz, zniżyłem końcówkę i poczułem ogromną ulgę, gdy ciężko zapadał się w siatkę... Dociągnąłem karpia w podbieraku do łodzi i przeniosłem łagodnie ponad burtą. Był mój...

W tym momencie nie pragnąłem niczego więcej. Szybko zwinąłem drugą gruntówkę, doprowadziłem kotwicę do porządku i spłynąłem z łowiska. Solidnie zmęczyłem się, taszcząc ciężką rybę i szczęśliwy jak nigdy, złożyłem karpia na progu domku...
Prawie nie spaliśmy tej nocy z obawy, by nie zaspać, nie przegapić właściwej pory. O świcie czekać nas miały dalsze emocje! Kilka minut po czwartej wiosłowaliśmy już raźno na koniec jeziora. Wszystko wokół spało jeszcze, otulone gęstą, białą watą. Brzegów nie było widać, a ślad za łodzią niknął po kilkudziesięciu metrach. Płynęliśmy na wyczucie, drogę znaliśmy na pamięć. W końcu zamajaczyły przed nami czarne trzcinki. Łódka rozpędem zatoczyła cicho łuk i zatrzymała się naprzeciwko trzcinowego cypelka.

Pierwszy rzut był nieudany, nieco za długi. Kartofel zawisł na trzcince - straciłem przypon. Zakładanie następnego to była niepotrzebna, irytująca strata czasu. Kilka minut później leżący ukośnie spławik zamrugał. Pomyślałem, że to płocie znęcają się nad przynętą i już, już nawet chciałem podciągnąć nieco żyłkę ku sobie, lecz spławik uniósł się lekko jednym końcem, położył i pojechał wzdłuż trzcin w głąb zatoki! Przekręciłem korbkę i zaciąłem. Karp ruszył gwałtownie, stycznie do trzcinowej ścianki. Zorientowałem się, czym to grozi, tylko metr dzielił go od twardych łodyg, a dysponował już dwudziestoma metrami żyłki. Zacząłem hamować pośpiesznie, unosząc jednocześnie końcówkę ku górze. Za późno, stało się... Ogromny karp podszedł pod wierzch i skręcił gwałtownie wprost w trzciny, uderzając naprężonym nylonem o badyle. Tylko ten suchy trzask i żal pomieszany ze zdziwieniem...
Nie był to jednak czas na żale, wkrótce znów spławik zakołysał się i pojechał kilka metrów. Znieruchomiał jednak, nim zdecydowałem się na zacięcie. Ryba wypluła kartofel...

Wzeszło słońce, ozłociło trzcinki i zaczął się dzień. Z każdą chwilą robiło się jaśniej: malały nasze szanse. Mgła zrzedła, poranny powiew spychał jej resztki w zatokę. Drobna, szklista falka zachlupotała o burtę, zatańczył na niej spławik i skosem poszedł ostro do dna! Zdążyłem zauważyć kierunek - na jezioro. Żyłka wyprężyła się...

Podciąłem - przyjemne uczucie, gdy tam, na drugim końcu czuje się ciężar i potęgę! Zapadka, hamulec... Karp pędził w zatokę. Ojciec w samą porę zwinął swoją wędkę - miałem pełną swobodę manewrów. Zawróciłem karpia – poszedł w jezioro, potem znowu w zatokę i znów na jezioro. Ucieczki były gwałtowne, lecz krótkie. Karp sunął nisko, tuż przy dnie. Gdy był dalej, napięta żyłka unosiła go nieco. W pobliżu łódki zniżałem jednak końcówkę, by szedł jak najgłębiej. Byle go nie spłoszyć... W przeźroczystej, prześwietlonej słońcem wodzie widzieliśmy go doskonale: wspaniały, olbrzymi karp o ciemnogranatowym wypukłym grzbiecie. Obserwując majestatycznie wachlującą płetwę ogonową wiedziałem, że wystarczy mocniejsze machnięcie tej płetwy, a żyłka nie wytrzyma... Ale na razie karp grzecznie zataczał koła i nie wchodził pod łódkę. Rozbolały mnie ramiona i plecy, ale to było nieważne. Wiedziałem, że ryba w końcu się zmęczy i jeżeli nie popełnię żadnego błędu, będzie moja... A wokół toczyło się codzienne, poranne życie. Beztrosko spławiały się płocie, wrzeszczały głodne perkozięta, ich rodzice uganiały się za zdobyczą. Zwyczajny, pogodny poranek nad jeziorem u schyłku lata...
Karp krążył niezmordowanie pomiędzy trzcinami a łodzią. Obserwując jego wspaniałą, krępą sylwetkę, cieszyliśmy się i nie przyśpieszaliśmy biegu wydarzeń. Hol trwał już kilkanaście minut. W końcu ryba zatrzymała się, wypuściła kilka ogromnych pęcherzy powietrza. Jeszcze kilka minut i znalazła się na powierzchni. Tu jeszcze resztką sił uciekła z podbieraka. Na drugą ucieczkę już jej nie było stać. Wolno zapadła się w siatkę... Zbliżyłem ją do łodzi, przeniosłem ponad burtą, położyłem pod nogami. Przez chwilę karp leżał spokojnie, nieruchomo, lecz zaraz zaczął walić w podłogę potężnym ogonem.
Radosny był powrót. Wszyscy dawno wstali, czekano nas z ciekawością, lecz takiego połowu nie spodziewał się nikt.
*
Następny urlop także poświęciłem karpiom. Nęciliśmy w dwóch miejscach. Nagotowałem się więc ziemniaków, jak dla jakiejś jadłodajni. Cóż, nie można mieć jednak wpływu na wszystko... Tak podłego, deszczowego lata od dawna nie było. Niż za niżem, deszcz za deszczem, chłodno. Ileż dni można wytrzymać w taką pluchę? Ryby nie brały, nawet drapieżniki. Nie pomogły kilogramy gotowanych ziemniaków, karpie zaszyły się gdzieś i ani myślały okazać choćby tylko swą obecność. Lato kończyło się ponuro, deszczowo. Pozostał mi zaledwie tydzień urlopu. Nadal wytrwale nęciłem karpie, w jednym już teraz łowisku - na końcu jeziora. Polubiłem to miejsce. To nic, że wiosłowało się tam przez pół godziny, wynagradzała nam to specyficzna atmosfera łowiska. To były urokliwe, zarośnięte zatoczki, całe hektary nenufarowych liści. Za nimi ciągnął się las trzcin i sitowia - siedliska dzikich kaczek i łabędzi. Trzciny sięgały daleko, przechodząc niepostrzeżenie w podmokłą olszynę - ostoję dzików. Siedząc spokojnie w łódce, można było nieraz usłyszeć, jak buszują w zaroślach, a przy większym szczęściu doczekać się łosia... Ale karpie nadal nie pojawiały się. Ogarniało nas zniechęcenie: trzy tygodnie karmienia na darmo!

Słońce zmiłowało się prawie pod koniec urlopu. Błysnęło i świat od razu poweselał. Na łowisku wreszcie pojawiły się ryby, zaczęły spławiać się płocie, a układające się w szeregi bąbelki, które zaobserwowaliśmy o zmierzchu na gładkiej - nareszcie gładkiej! - tafli wody sugerowały, że może nie tylko płocie... Wysypaliśmy więc kolejną, solidną, kilkukilogramową porcję ziemniaków. Następnego ranka w liściach przewalił się karp! Z niecierpliwością oczekiwałem wieczoru...

Spieszyłem się, by zdążyć na najlepszą porę. W pośpiechu chwyciłem tylko karpiówkę, ziemniaki i nawijadełko z przyponami. Wczorajsza nęta chwyciła! Po łowisku buszowały duże płocie i małe karpiki. A kiedy fioletowy zmierzch położył na wodę gęstniejące cienie, wyszedł na skraj nenufarów szczupak zwabiony płociowym pluskaniem - piękne, długaśne, szczupaczysko! Uganiał się za płociami zaledwie kilkanaście metrów od łodzi, w zasięgu byle jakiego rzutu byle jakim spinningiem. Kilkakrotnie skakał w powietrze. Wziąłby na cokolwiek, na jakąkolwiek blachę - nie miałem nic dla niego ze sobą...
Branie karpia przyszło nagle. Zupełnie nieoczekiwanie żyłka ruszyła i zasyczała na przelotkach! Nie wytrzymałem nerwowo po tylu dniach daremnego oczekiwania. Podciąłem natychmiast, jak głupiec - oczywiście za wcześnie... Na drugą okazję nie czekałem. Ryba jeszcze żerowała w najlepsze, gdy odpływałem, sypiąc na odjezdnym garść ziemniaczanych strużyn. Rano chciałem być wypoczęty.
*
Zaczęliśmy łowić z pierwszym brzaskiem. W zatoczce było cicho, ryby nie spławiały się, za to wyskakujące tu i tam na powierzchnię wody paciorkowate bąbelki świadczyły wymownie o ich apetycie! Nie musieliśmy też czekać długo. Po kilku minutach żyłka ruszyła. Tym razem nie śpieszyłem się z zacinaniem. Liczyłem spokojnie do czterech, pięciu, sześciu - żyłka szła wolno i nagle zatrzymała się. Podciąłem - silny opór, ale bierny. Nieruchawy opór zielska... Kołowrotek skrzeczy, kij gnie się - na nic. Karpisko w nenufary wlazło. Nic nie wskazywało na to, że ryba jest tam jeszcze. Pociągnąłem mocno za żyłkę - puściło. Wydobyłem pusty haczyk. Po dwudziestu minutach znów branie, dość szybko sunie żyłka. Podcinam - pudło... Bąble oddalały się coraz dalej - karpie odpływały w zatokę, rzuciłem za nimi. Spławik zakołysał się jakoś dziwnie, coś najwyraźniej męczyło ziemniaka, zjadło go w końcu i poszło sobie... Szczupak natomiast nie ujawnił się. Gdybym go nie oglądał wieczorem, nie uwierzyłbym, że tu jest. Dobrze, że płocie przegonił, nie będą obgryzać ziemniaków.
*
Ostatniego dnia udało nam się wstać, nim szary świt rozjaśnił wodę. Zgrabnie ustawiliśmy łódź we właściwej odległości. Zarzuciliśmy w kierunku skrajnych liści, wyznaczających krańce nęconego obszaru, ja z lewej, ojciec z prawej strony łowiska. Oparłem wędzisko o burtę i wziąłem do ręki następny przypon z ziemniakiem. Był trochę duży, należało go nieco ostrugać. Nim jednak wziąłem do ręki scyzoryk, ruszyła żyłka. Chwyciłem kij, żyłka rozpędzała się: jeden, dwa, trzy, cztery - teraz! Przekręciłem korbkę i mocno zaciąłem.
Przyjemne uczucie, coś jakby wbić haczyk w worek z piaskiem, ale ten "worek" natychmiast ruszył! Zaraz też skraj nenufarów zafalował, a hamulec zapiszczał przeraźliwie. Docisnąłem szpulę. Pomału, niechętnie karp poddał się, wylazł z zielska i ruszył na czystą wodę. Ojciec zwinął czym prędzej swoją wędkę, dając mi wolne pole.

Karp ruszył równolegle do brzegu, pociągnął kilkanaście metrów, po czym nagle zawrócił w stronę łódki. Oprowadziłem go poza kotwicą i puściłem w jezioro. Nie uciekł daleko, znów zawrócił. Tym razem musiałem wstać, szedł wprost na kotwicę. Do końca pozostałem już w tej niewygodnej pozycji. Zaczęły się teraz zmagania. Karp podszedł pod wierzch, pokazał się w całej swojej krasie i zaraz dał nura w głąb. Odbił nieco i zaczął krążyć. Pływał wzdłuż burty, tam i z powrotem kręcąc, to elipsy, to znów ósemki. Skręt w lewo, nur do dna, nawrót przy kotwicy, skręt w prawo i znowu od początku. Kołowrotek był zupełnie niepotrzebny: tę część holu równie dobrze można by rozegrać i na kiju od szczotki. Po kilkunastu minutach tych młynków rozbolały mnie ramiona, plecy i prawe przedramię. Nadgarstka i palców prawej dłoni prawie nie czułem, były zupełnie zesztywniałe. Karp chodził dalej, tuż pod powierzchnią wody, wspaniały, niepokonany, wciąż kręcąc te pętle, elipsy i ósemki. Truchlałem za każdym razem, gdy zbliżał się do linki kotwicznej i oddychałem z ulgą, gdy zawracał. Coraz częściej zmuszał mnie do przechodzenia przez ławeczkę. Po kilkunastu minutach wypuścił kilka ogromnych bąbli powietrza, szedł teraz płycej. Zaczął szarpać głową, koziołkować, próbował wszystkich sposobów, by uwolnić się z haczyka. Ostatnie minuty były najgorsze. Palce i prawy nadgarstek miałem zupełnie zdrętwiałe. Obawiałem się, że jeszcze trochę i wędka po prostu mi z dłoni wypadnie. Spróbowałem oswoić karpia z podbierakiem - odskoczył, znów zaczął krążyć. Ponowiłem próbę - znowu uciekł, tak samo i za trzecim razem. Uparłem się: jeszcze jedna próba, na luźnym hamulcu. Ojciec ostrożnie wysunął podbierak. Karp wyłożył się na powierzchni. Naprowadziłem go delikatnie, uniosłem końcówkę. Powoli, najpierw głowa potem cały bok znalazły się nad obręczą. Udało się, karp wpadł do siatki, ledwo się w niej zmieścił. Dwadzieścia pięć minut holu...

Minęło zaledwie kilka minut i znowu ruszyła żyłka! Zaciąłem - za wcześnie... A w zatoczce bąbelki układały się w śliczne, długie pasemka. Ryła tam cała wataha "wodnych prosiaków"! Ponownie rzuciłem na skraj nenufarów. Przypomniałem sobie o nie ostruganym ziemniaku, wziąłem go do ręki - branie...
Żyłka szybko wylatywała z kołowrotka. Zaciąłem w piątej, może szóstej sekundzie. Nie zatrzymałem rozpędzonej ryby. Poszła jak wystrzelona torpeda, rozcinając gładką taflę potężnym grzbietem. Tylko odskakiwały na boki roztrącane w pędzie liście! Karp wjechał kilkanaście metrów w ten łan nenufarów. Uniosłem kij, docisnąłem hamulec - głośny chlupot, luźna żyłka i nagła pustka w głowie. Pękł przypon, nieco poniżej pętli...

Nawet nie odczułem żalu... Popełniłem dwa błędy: za późno zaciąłem, przez co dopuściłem karpia do zarośli, no i niepotrzebnie aż tak hamowałem, w tym zielsku żyłki by mi nie zerwał. Cóż, trudno... Kolejny rzut, zbyt nerwowy, nieudany. Kartofel poleciał kilkadziesiąt metrów, bez haczyka oczywiście... Pozostał więc tylko ten ostatni przypon, z tym brzydkim, pokracznym ziemniakiem. Założyłem go więc -szkoda czasu, by wędka czekała na próżno, skoro karpie żerują! Odłożyłem wędkę z otwartym kabłąkiem i... to chyba niemożliwe... ze szpuli wylatywała żyłka! A jednak to branie! Karp! Zaciąłem - był, na skraju zielska. Przytrzymałem go tam, nie puściłem w gąszcze grążela. Szarpnął mocno. Spiętrzony wał wody rozszedł się długą falą, zakołysały się liście. Karp zawrócił i pooszedł na jezioro! Ledwo ojciec zdążył zwinąć swoją wędkę. Karp minął łódkę i poszorował na otwartą wodę, wysnuwając z piskiem kilkadziesiąt metrów żyłki. Uniosłem wyżej końcówkę - zamajaczył pod wierzchem dużą, jasną plamą. Imponujące karpisko!

Ryba zatoczyła dalekie koło, skręciła nagle w zatokę, tu znów zatoczyła koło i znowu następne, już o mniejszym promieniu. Napięta żyłka ślicznie kroiła lustrzaną taflę, a nam serca łomotały radośnie. Naraz karp zwolnił i zatrzymał się. Skróciłem żyłkę, by nawiązać z nim kontakt. Teraz mogliśmy go dobrze obejrzeć. Piękny, kształtny, czerwonobrązowy. Okrążył kilkakrotnie łódkę, za każdym razem kreśląc kręgi coraz ciaśniejsze i... coraz bliższe kotwic. W samą porę ojciec podniósł rufową, karp przeszedł tak blisko, że prawie otarł żyłką o łódź. Znowu musiałem wstać i przechodzić przez ławeczkę. Karp ponownie zbliżył się, wypuścił ogromne bąble i rozpoczęły się ciasne elipsy, pętle i ósemki, młynki i koziołki. Tym razem trwało to krócej. Ojciec wysunął podbierak. Zbliżyłem rybę do siatki - uciekła nagłym zwodem, podobnie za drugim, trzecim i czwartym razem. Za piątym trafiła głową w obręcz, finał! Z tym karpiem uporałem się w kilkanaście minut. Szósta rano - łowiliśmy niecałe trzy godziny!

Nikt nie wierzył w nasz sukces ostatniego dnia. Zapytani, odpowiadaliśmy zdawkowo, prowokując dalszą dociekliwość. Wreszcie, nacieszywszy się wywołanym wrażeniem, przynieśliśmy karpie na górę. Zaskoczenie było kompletne, a potem jakaż ogromna, wspólna radość!
Andrzej Trembaczowski

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   
 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości
Reklamy Krokus: eZ Publish

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).