Lewe menu

Filtry

Komentarze

Humor»

Ocena: 3 Ilość ocen: 14

Humor z zeszytów szkolnych

Gdyby nie było wody, nie byłoby ryb. Nie mogłyby też nauczyć się pływać i napewno by się potopiły.

Rozróżniamy ryby pełnołuskie i skrobane skrobaczką.

Górskie potoki są dlatego czyste, że płyną po kamieniach, a nie po ziemi.

Główną zabawą ryb są wędkarze.

Humor z zeszytów szkolnych
  • Obecnie 3 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 2,8/5 (14)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

No kill i co jeszcze ???

Wielkie nudy, same bzdury,
Już się czytać nawet nie chce,
Weź artykuł byle który,
No kill, no kill i co jeszcze?

więcej...

No kill i co jeszcze ???
  • Obecnie 5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 5/5 (3)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Szukaj

Reklama

Wigilijna wyprawa

Ocena: 5,33 Ilość ocen: 1Ocena: 5,33 Ilość ocen: 1Ocena: 5,33 Ilość ocen: 1Ocena: 5,33 Ilość ocen: 1Ocena: 5,33 Ilość ocen: 1Ocena: 5,33 Ilość ocen: 1
Ocena: 5,33 
Ilość ocen: 1 
 Ilość wyświetleń: 9804 
Komentarzy: 1 
ID: 175068 
Węzeł: 140946 
Primum non nocere

Wigilijna wyprawa była od kilku lat ich uświęconą tradycją. Honor wędkarski nie mógł ścierpieć, by na świątecznym stole królował „tucznik”. Kupnego karpia mieli w pogardzie. Fakt, że przyrządzony rękami matek i żon smakował wybornie, ale... tucznik to tucznik i basta. Podsycali w sobie to przekonanie i wzajemnie się w nim umacniali. Bo przecież... trzeba po rybę na wigilijną wieczerzę!!! Nieodzownie! Bezwzględnie! Absolutnie!

Już na początku grudnia ustalili plan działań.
- Żadnego trzepania dywanów - od tego jest facet z maszyną, zamawiamy żonom ekstra usługę, koszt niewielki a zadowolenie trójstronne; nasze, małżonek i faceta!
- Po „grube i ciężkie” zakupy jedziemy sami (oczywiście w czwórkę, razem!), z listą od „połowicy” w garści co najmniej tydzień przed świętami, zanim zacznie się młyn w sklepach. Żadnych rodzinnych zakupów! No i trzeba przecież trochę „zaoszczędzić” na nasze koszty, związane z wyprawą!
- Do mycia okien i wieszania firanek organizujemy studentów. Szlachetny ten uczynek przekona żony o naszej dbałości o nie, studentom da zarobić na bilet do domu lub gwiazdkowy prezent dla..., no mniejsza z tym dla kogo. A my mamy błogi spokój tanim kosztem.
- Łazienkę i kibelek wyszoruje wychowawczo potomstwo, które wspaniałomyślny ojciec może słusznie nagrodzić biletem do kina lub inną drobną monetą.
- Prezenty dla małżonek nabywamy na wspólnej wyprawie (niekoniecznie do sklepu, może być drogą - zakupy na Allegro lub w innym sklepie internetowym). Ważne, żeby było to, co jej się spodoba. No i tu potrzebny sprawnie działający wywiad.
- Resztę można zostawić na głowie rodziny. W końcu nie można żonie odbierać przyjemności zabłyśnięcia w charakterze pani domu. Ba, nawet trzeba ją w tym wesprzeć, przywożąc „ na kuchnię” okazałego sandacza czy innego słusznego drapieżcę.

Przygotowania szły pełną parą i zgodnie z planem. Na wszelki wypadek, zainspirowani telewizyjną reklamą, od połowy grudnia zaczęli łykać Rutinoscorbin. Żadne przeziębienie ich nie powstrzyma. W przeddzień Wigilii ubrali z dziećmi choinki i spakowali bambetle. Zdumione żony patrzyły na to wszystko cierpliwie. Wykonały między sobą kilka rozmów (komórka to jednak przydatna rzecz!) i radę, żeby im się w wigilijny poranek nikt po kuchni nie kręcił. Zajęły się lepieniem pierogów, gotowaniem zup i przygotowywaniem tych wszystkich smakowitości, bez których Wieczerza w żaden sposób nie może się odbyć.

* * *

Wyładowany do granic Ford Maćka toczył się w kierunku granicy. Za oknem jeszcze było ciemno. Poświata od śniegu pozwalała dostrzec zarysy domów, płotów, bezkres pól. Mijali śpiące miasteczka i drzemiące jeszcze wsie. Radio grało cicho. Krzysiek z Jackiem dyskutowali na tylnym siedzeniu o zaletach białego kopyta i ustalali ciężar główki, Maciek zerkał w atlas, a Misiek (Michał), który zmienił go właśnie za kierownicą snuł marzenia o wielkości szczupaka, którego „bankowo” złowi. Z wolna robiło się coraz jaśniej. Janów Podlaski. Stąd już niedaleko, jakieś 30 kilometrów. Nad Bug dotarli zgodnie z planem w okolicy Pratulina. W szarzejącym świetle pochmurnego poranka śpiesznie montowali spinningi. Łyk gorącej kawy parzył usta, a niecierpliwość nie sprzyjała rozwadze. Szkoda było każdej chwili. Czekał na nich łagodny zakręt rzeki z niewysoką, najwyżej metrową burtą, prosty odcinek kuszącej rynny, pełnej wirów, nieco szersze „rozlewisko”, gdzie nurt nieznacznie spowalniał, a brzeg był prawie płaski. No i kilka starorzeczy, w których prócz przyzwoitych okoni zawsze można było „wydłubać” jakąś emocjonującą niespodziankę.

Plan zadaniowy był prosty: tyle, ile trzeba na świąteczną kolację dla rodziny. Zawsze tego przestrzegali. Na ogół nie zabierali ryb z łowiska. Ustalili kilka lat temu, że nie będą tego robić. Wyjątkiem były ryby na wigilijną Wieczerzę. Maciek z Krzyśkiem poszli w lewo od samochodu, „pod prąd”, Misiek z Jackiem – z biegiem rzeki w kierunku „rozlewiska”. Umówili się za godzinę. Potem zmiana kierunku, a na koniec mieli „obrobić” znajome starorzecze. Plan napięty, skoro trzeba było być w domu najpóźniej na 15, żeby zdążyć z przygotowaniem ryb na stół. Sama jazda zajmie co najmniej 2 godziny.

Pierwsze rzuty ulubionymi kopytami (białe perłowe, 10 cm, główka 15 g) nie przyniosły spodziewanych rezultatów. Ściągali wolniej i szybciej, jednostajnie, głębiej i płycej – jednakowo bez skutku. Czas mijał. Miny im się wydłużały. Maciek zastąpił białe kopyto żółtym o takich samych parametrach. Pozwolił mu opaść i energicznym zakręceniem korbki zmusił do poderwania. Ułamek sekundy i... zaczep, cholera jasna!- zaklął spod serca.
Szarpnął. Niespodziewanie „zaczep” ruszył. Szybko i mocno, pod prąd.
- A żeby cię! – uradował się szczerze. - Siedzi! – krzyknął w kierunku nadbiegającego z podbierakiem Krzyśka.
- Nieźle jedzie! – kolega nie krył emocji. - Masz fart, a ja nic...
Adrenalina szła w górę. Ryba walczyła z determinacją. Odjazd, „sprint” w kierunku pogromcy błyskawicznie zwijającego żyłkę, następny odjazd, gwizd żyłki, jazgot hamulca... Najpiękniejsza muzyka dla ucha wędkarza. Minuty mijają. Nagle bryzg wody i nad powierzchnię wyskakuje świecą szczupak. Potrząsa łbem, chcąc uwolnić się z haka. Daremnie. Maciek reaguje jak wyćwiczony automat. Jeszcze jeden odjazd i zmęczona ryba pozwala się wyholować. Krzysiek sprawnie operuje podbierakiem i zębaty ląduje na brzegu.
- Czwórka – oceniają wprawnym okiem.
- No to ci, brachu, zostało tylko „dłubanie” okoni – zazdrość to brzydka rzecz, ale jej echo pobrzmiewa w głosie Krzyśka.
- Ano! – w głosie Maćka radość walczy o lepsze z rezygnacją. Umowa jest umową. Sandacza nie będzie! Ale szczupak godny! – uśmiecha się jednak.

Krzysiek konsekwentnie poluje na mętnookiego. Nie przyjmuje podsuniętego w geście przyjaźni żółtego kopyta. Nie chce ryzykować. Czas płynie. Trzeba będzie wracać „o kiju” na miejsce zbiórki. Zawracają. Krzysiek nie rezygnuje. Bladoróżowe kopyto o perłowym połysku znów ląduje w wodzie. Kilka ruchów korbką i... jest pobicie! Ale hol nie daje satysfakcji. Ryba idzie „posłusznie”, jeśli nie liczyć kilku szarpnięć. Pod nogami stojących na burcie wędkarzy chlapie się sandaczyk poniżej 30 cm. Ostrożnie wyjęty i wyhaczony wraca do wody. Krzysiek miele w ustach niecenzuralną uwagę. Spotkanie przy samochodzie potwierdza prymat Maćka. Jacek i Misiek mają po dwa szczupaczki ledwie wymiarowe i kiepskie poczucie humoru. Wymieniają uwagi o wodzie i brzegu i rozchodzą się w przeciwne strony. Czyżby „sandały” ogłosiły strajk? Maciek tylko kibicuje, choć ręce same rwą się do wędki. Ale słowo to słowo. Jak mówi Pawlak od Kargula „droższe piniędzy”!. I ta wyprawa nie przynosi Krzyśkowi spodziewanego efektu.

Wracają w kierunku samochodu. Krzysiek zdesperowany wyciąga z dna torby pudełeczko z „kogutami”. Łowił na nie z sukcesem „sandały” na Sulejowskim, ale nigdy tu. Tam były niezawodne, zwłaszcza z łódki. Ale tu, z brzegu?
- „Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma” – mruczy pod nosem zakładając białego, pierzastego killera z czarnymi i zielonymi akcentami nitek fluo. – Sandaczom z Sulejowskiego smakował!
- Nie masz nic do stracenia! – poparł go Maciek.
Kogut poszedł w wodę. Pierwszy rzut bez skutku. Drugi też. Za trzecim razem pobicie. Zacięcie, hol, adrenalina... Ryba walczy, ale bez szczególnych sztuczek. Sandacz ma około półtora kilograma.
- Jeszcze jeden taki i będzie w sam raz – mruczy zadowolony Krzysiek.
Kogut wraca do wody. Pusty hol. Drugi rzut tak samo.
- Do trzech razy... – zaczął Krzysiek, gdy potężne pobicie prawie wyrwało mu kij z ręki.
Odjazd w nurt. Odjazd, który trudno zatrzymać. Gwiżdże żyłka, jazgocze hamulec, ręce drżą.

Chwilowo to ryba rządzi. Krzysiek stara się tylko kontrolować kierunek ucieczki. Ile na szpuli? 200 metrów. Może wystarczy. Powinno. Musi!!! Ryba staje. Napięta żyłka budzi niepokój. Bezruch przeraża. Wprowadził w zaczep i poszedł! Chwila oczekiwania na granicy wytrzymałości i Krzysiek delikatnie puka palcami w żyłkę. Struna gra cichutko i przenosi drgania przez powietrze, przez wodę, coraz niżej. Tam, gdzie przyczajony przy dnie przywarował mętnooki. Drgania płoszą go, nieznana siła zniewala i przeraża. Jednak bużański harcownik rusza do walki. Jest potężny. Siła jego mięśni przeciw sile człowieka i jego sprzętu. Jego przemyślność przeciw przebiegłości człowieka. Walka trwa. Śmiertelny bój o życie, o wolność, o przetrwanie. Ale szanse ryby maleją. Krzysiek jest doświadczonym łowcą. Opór jest coraz słabszy, choć i ręce człowieka coraz bardziej zmęczone, a kolana drżą z nadmiaru emocji. Maciek pochyla się z podbierakiem nad brzegiem. Z wysokiej burty nie ma szans na „wyślizganie” ryby. Wielki kształt jaśnieje tuż pod powierzchnią. Potężny sandacz z trudem mieści się w podbieraku. Obaj wędkarze patrzą na siebie w niemym zachwycie, bezgranicznie szczęśliwi, oszołomieni. Szum w głowie i dzwonki w uszach...
- Nooo!!! – mruczy w podziwie Maciek.
- Nooo!!! – sapie z ulgą Krzysiek.
W tym „nooo” mieści się wszystko. Całą gama uczuć, znana każdemu wędkarzowi, który choć raz miał w podbieraku „rybę życia”.
Mętnooki jest zmęczony. Skrzela poruszają się wolno... Już nie walczy. Jest jednak wspaniały nawet w swej klęsce.
- „Gloria victis” – szepce Maciek. - Chwała pokonanym.
Tak mu się jakoś przyplątała ta sentencja. Krzysiek tylko kiwa głową. Nadbiegają pozostali koledzy . Z zazdrością i podziwem pochylają się nad leżącą na pożółkłej, oszronionej trawie potężną rybą.
- Cud wigilijny – Jacek klepie Krzycha serdecznie i z rozmachem po plecach. - Gratulacje!
- Dała ci Bozia Gwiazdkę! – wtóruje z lekka zazdrośnie Misiek. - Ale jednego „sandała” już masz... – zawiesza głos.
Wszyscy czterej myślą o tym samym. O swojej niepisanej umowie. Krzysiek wyciąga z kieszeni komórkę i podaje Maćkowi.
- Zrób! – prosi cicho.

Maciek robi kilka zdjęć. Misiek wyciąga z torby cyfrówkę i także pstryka. A Krzysiek? Krzysiek powoli przyklęka, wyciąga rybę z podbieraka i bierze na ręce. Zmęczony olbrzym nie protestuje. Człowiek przez chwilę szuka dogodnego miejsca, potem powoli klęka i w najniższym miejscu ostrożnie wpuszcza rybę do wody. Sandacz przez dłuższą chwilę stoi, leciutko wachlując się płetwami. Potem wolniutko, statecznie rusza, by naraz, jednym majtnięciem ogona pogrążyć się w głębinie. Jacek pomaga Krzyśkowi wstać.
- Nagrałem ci filmik komórką jak go wypuszczasz. Będziesz miał pamiątkę, bo kto by ci uwierzył – śmieje się serdecznie. - Z dychę miał jak nic!

Obaj z Miśkiem nie złapali nawet okonka w drugiej turze. Ale sukces Krzycha traktują jak wspólne przeżycie. Wspaniałe przeżycie, którego się nie da zapomnieć. Nie komentują tego, co zrobił. Wiedzą, że tak musiał, ale wiedzą też, jak ciężko jest podjąć taką decyzję. Co innego „ułaskawić” choćby i „trójkę”, a co innego rybę życia. W milczeniu idą wszyscy na znajome starorzecze „dłubać okonki”. Niebo zaciąga się coraz mocniej. A okonie – jakby na przekór – biorą pięknie. Większość wraca do wody, ale każdy ma na rozkładzie po kilka przyzwoitych patelniaków na kuchnię. Wigilijne połowy najwidoczniej będą tradycyjnie szczęśliwe.
- No, panowie, ostatni rzut i jazda! Kobiety czekają na dostawę! – zaordynował Misiek.
- No, może trzy ostatnie rzuty! – przekomarzał się Jacek. - A jak was znam, to na pięciu się nie skończy!
- Nie da rady! Kończymy! Trzy i basta! Pogoda się kiepści, a do przejechania mamy prawie 180 kilosów. - Maciek jako „drajwer” był konsekwentny do bólu.
- Dochodzi południe, pora na nas faktycznie – smętnie potaknął Krzysiek, któremu żadna znamienitsza sztuka już się nie trafiła.

I właśnie wtedy poczuł zdecydowane przytrzymanie błyszcza. Odruchowo zaciął i zaczęła się znajoma zabawa. Odjazd, pompowanie, odjazd, świeca, odjazd, podbierak. Szczupak miał koło 3 kilogramów. Krępy, wypasiony na starorzecznych karasiach i płotkach, przepięknie ubarwiony. Pan „kaczego dołka” w całej krasie. Pewnie uwięziły go wiosenne wylewy, a kres bytowaniu w starorzeczu położył Krzysiek. Woda odpłaciła łaskawość wędkarza.
- Godny koniec! – zawyrokował Misiek. - Panowie, wędki z wody.

Został im tylko do odprawienia doroczny rytuał, który był ich małą tajemnicą. Maciek przyniósł z samochodu mały znicz z przykrywką i ustawił na ziemi, tuż nad brzegiem rzeki. Jacek zatknął przy nim zieloną gałązkę sosny. To za tych, którzy w tym roku odeszli na wieczne łowisko. Stanęli nad brzegiem ze spinningami w pozycji „prezentuj broń”.
- Panowie..! – zaintonował Misiek.
- Wodom cześć!!! – wyskandowali równo i wyraźnie.

W powietrzu krążyły pierwsze płatki śniegu.

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   

Ewa, dzięki, fajnie się czyta. Bo to, że w Wigilię nigdy nam się nie pozwala połowić, to fakt. To że sandacz na koguta w zimnej rzece to jakiś ekstremalny przypadek, to fakt. Szczupak "czwórka" albo sandacz "dycha" to w naszych realiach - Święty Graal. W ogóle tyle brań w jeden dzień, to już przeszłość, której nie pamiętają nawet starzy górale, to też fakt.
Ale to wszystko pikuś, nieistotne, przy tym, że są jeszcze wśród wędkarzy tacy, co potrafią pisać i potrafią marzyć. Snuć wędkarskie opowieści o wielkich rybach, o wędkarskich sukcesach. Mnie się już nie chce ani pisać, ani nawet na ryby jeździć jak nie czuję że to może być "dzień konia" - zresztą, na naszych wodach to już też się nie zdarza. Ilość wyjazdów w tym roku mogę na palcach policzyć - bo i po co mam jeździć na ryby, których nie ma? Wędkarstwo w Polsce przyparawia mnie już tylko o totalną nerwicę, wracam do domu bluzgając. Całe szczęście, że mam jeszcze inne, nie mniej rajcowne hobby i rozstanie z wędkami nie będzie zbyt bolesne. Tym bardziej doceniam marzenia przelane na papier/klawiaturę.
Piąteczka
T.

Początek

 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości
Reklamy Krokus: Pozycjonowanie stron WWW

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).